czwartek, 26 czerwca 2014

Warszawa, 21 grudnia 2018 r.

Wczoraj spędziłam cały dzień na pracy; chodziłam po okolicy szukając najlepszych ścieżek, sprawdziłam wraz z kilkoma osobami kolejne domy a wieczorem zrobiłam dla wszystkich ‘wykład’ na temat topografii okolicy. Gdy szykowaliśmy się do snu byłam nie tylko zmęczona, ale i wściekła. Zanim rozeszliśmy się do swoich pokoi wygarnęłam reszcie, że czuję się zbyt wykorzystywana i żądam odpoczynku. Teraz jest mi trochę głupio, bo użyłam ostrych słów i podniosłam głos, ale na szczęście nie doszło do żadnej kłótni. Ponadto reszta zgodnie uznała, że mam rację, otrzymałam nawet przeprosiny. A dziś mam dzień wolny.
            Wiele myśli kłębi się w mojej głowie, zbliżają się święta, ostatni miesiąc był ciężki… ale postanowiłam, że to jest ten moment, w którym muszę opisać co wydarzyło się te trzy tygodnie temu.
            Uznajmy więc, że ten wpis to 8 grudnia 2018 r., bo to był moment, kiedy przestałam pisać.
            Tak jak ustaliliśmy dzień wcześniej, wyruszyliśmy rano. Najpierw posegregowaliśmy zapasy, zapakowaliśmy tylko najistotniejsze rzeczy, resztę schowaliśmy. Ubraliśmy się dokładnie, ciepło, szczelnie, wzięliśmy broń, po kilka razy sprawdziliśmy, czy wszystko w porządku. Nie wiem jak inni, ale ja byłam wtedy porządnie poddenerwowana.
            Wyruszyliśmy gdy tylko zrobiło się jasno. Chodzenie w ciemności po okolicy nie było dobrym pomysłem. Liczne domy, drzewa, krzaki… nawet w świetle dnia łatwo się tam skryć, co dopiero nocą. Nie chcieliśmy, żeby ktoś lub coś nas zaskoczyło.
Z naszej posesji było tylko jedno wyjście to, przy którym umarł Bartek. Darek postanowił odkopać ciało ze śniegu i przenieść je dalej. Teraz wiem, że to był dobry pomysł, ale wtedy wydawało mi się to jakieś straszne. Dobrze jednak, że poszedł to zrobić. Jak sobie pomyślę, że mielibyśmy tam wrócić na wiosnę po resztę rzeczy i przed samą bramą czekało by na nas ciało Bartka, leżące tam już tyle miesięcy… nawet teraz mam ciarki.
Za naszą posesją droga rozchodziła się na południe i wschód. Podzieliliśmy się po cztery osoby i każda z drużyn obstawiła swoją drogę. Janek, Dorota, Zośka i Aneta na wschód, Łukasz, Piotruś, Adam i ja na południe. To Aneta zasugerowała taki podział. Dorota znowu zaczęła się jej sprzeciwiać, ale Aneta uciszyła ją z miejsca. Wydaje mi się, że Aneta nie ufa Jankowi i Dorocie. Bała się, że jeśli będą stali w grupie z synem wpadną na jakiś głupi pomysł. Jeśli mam być szczera nie dziwię się jej. Rozumiem, że martwią się o syna, ale ich strach… czasem boję się, że ich strach sprawi, że zrobią coś tak totalnie głupiego, że pogrążą nas wszystkich.
Ustawiliśmy się tak, żeby Darek widział każdą z grup. Padało wtedy już dość intensywnie, na szczęście jednak nie na tyle, abyśmy mieli ograniczoną widoczność. Adam i Łukasz patrzyli w kierunku posesji po naszej lewej i prawej, ja z Piotrkiem pilnowałam drogi. Drżał. Nie wiem, czy z zimna, czy ze strachu czy stresu… ale drżał. Nie zapytałam, co się dzieje. Miałam wrażenie, że powinnam traktować go bez taryfy ulgowej. Pamiętałam swoje nastoletnie lata i pierwsze kroki w młodości, gdy rodzice próbowali decydować za mnie we wszystkim – w co się ubiorę, co zjem, jakie studia wybiorę… Dorastanie w tamtym świecie było trudne, a w tych czasach? Może nie było to właściwie ale jakoś poczułam, że powinnam traktować Piotrka jak dorosłego. Dlatego nic nie powiedziałam. Dałam mu wybór – jeśli potrzebował pomocy niech sam o nią poprosi.
Możliwe, że po prostu nie chciałam z nim rozmawiać. Sama byłam przestraszona. Przerażało mnie to, co Darek robił ze naszymi plecami i ciągle byłam w przekonaniu, że mutki są zaraz za zakrętem, wyskoczą na nas, zaatakują, albo usłyszymy krzyki drugiej grupy, gdy mutki atakują ich. Bałam się. Przeżyłam pierwszy wysyp mutacji po szczepionce, przeżyłam konflikt zbrojny i przeżyłam kilka lat w zniszczonym świecie, gdzie strach się nawet napić wody. Można powiedzieć, że jestem weteranem. Ale nadal się bałam. I ciągle się boję. Nie jestem herosem, nie byłabym głównym bohaterem powieści. Tak naprawdę przeżyłam w tym świecie głównie dlatego, że unikałam walki, a nie do niej dążyłam.
Czekanie trwało długo. Słyszałam Darka rozgrzebującego śnieg a potem stękającego z wysiłku i szuranie… serce mi zamarło a żołądek się ścisnął. Choć zagrożenie mogło być przed nami, po naszych bokach jakoś świadomość, że za moimi plecami Darek ciągnie po śniegu martwe ciało Bartka napawało mnie większym strachem. I ja zaczęłam drżeć.
Nie wiem, ile to trwało. W końcu Darek zawołał nas ściszonym głosem. Wróciliśmy pod furtkę, nadal patrząc w koło. Na miejscu okazało się, że Darek zasypał miejsce, z którego wyciągnął ciało Bartka oraz ślady prowadzące do miejsca, gdzie ciało przeniósł. Rozejrzałam się w poszukiwaniu innych śladów, ale Darek tylko pokręcił głową.
Teraz mieliśmy przeszukać okolicę. Jak już wspomniałam, od naszego domu odchodziły dwie drogi i obie chcieliśmy przeszukać. Zresztą, zaraz to wszystko rozrysuje.
Rozdzielenie się było tak samo ryzykowne jak i konieczne. Z jednej strony musieliśmy obejść dwie drogi, ale z drugiej nie powinniśmy nadmiernie osłabiać swojej grupy. Ale nie chciałam iść ze świadomością, że jeśli pójdę jedną drogą to z drugiej na plecy mogą wyjść mi mutki…
Darek dołączył się do naszej grupy i ruszyliśmy. My na południe, Aneta z resztą na wschód. Grupa Anety miała bez porównania gorzej, bo droga, którą szli rozwidlała się później. Umówiliśmy się jednak, że skręcą w prawo bo wtedy w końcu dojdą do miejsca, gdzie moglibyśmy się spotkać.
Szliśmy dość wolno, bo Łukasz uparł się, że będzie zacierał ślady. Tam, gdzie było to możliwe wchodziliśmy do niektórych domów. Wybieraliśmy tylko te, do których wiedzieliśmy, że mutki mogłyby bez trudu wejść, albo w których wyglądzie coś się zmieniło.
Przyznam, że było mi niewygodnie. Mój plecak nie był zbyt ciężki, żadne z nas nie przeciążało się, ale szelki i tak wpijały mi się w ramiona. Mimo zimna byłam zlana potem i bałam się. Było cicho, ale nie całkowicie. Śnieg skrzypiał nam pod butami, na niektórych drzewach śpiewały ptaki. To powinno być uspokajające, zwierzęta pierwsze wyczuwają zagrożenie i uciekają. Ale i tak wytężałam słuch i wzrok do granic możliwości. To było chyba jeszcze bardziej męczące niż niesienie plecaka i broni.
A, nasza broń. Łukasz, który przez ramię czyta ten dziennik stwierdził, że powinnam coś na ten temat napisać. To nie jest tak, że każde z nas ma dwa pistolety, karabin, shotguna, katanę… to nie amerykańska gra wideo czy film postapokaliptyczny… jeśli ktokolwiek z was ma w ogóle pojęcie co to jest. Nie ważne. Nasza broń jest bardzo prosta. Pałki zrobione z nóg od stołów czy krzeseł nabijane gwoździami, kij basebolowy, kij golfowy. To wszystko jest improwizowane, ale dość skuteczne. Z poważniejszej broni mamy jeden sportowy łuk oraz włócznie zrobione z leszczyny. To wystarczy, jeśli dojdzie do walki. Niestety jesteśmy zmuszeni walczyć praktycznie wręcz ale tak długo, jak nie pozwolimy mutkom się zranić jest dobrze.
Ja zawsze mam przy sobie włócznię i nogę krzesła z gwoździami. Tę ostatnią montuje sobie do plecaka, wciskając jej gładki koniec pomiędzy moje plecy a plecak. Jeśli nie jestem ostrożna mogę się trochę pokłóć ale jak do tej pory jeszcze się nie zraniłam.
W każdym razie: szliśmy twardo do przodu. Domy okazały się być nie ruszone, puste, nie znaleźliśmy żadnych śladów. W końcu zabudowania się skończyły i po obu naszych stronach znalazły się niewielkie zagajniki. Szczęście w nieszczęściu, że jest zima – latem drzewa i krzewy porastają gęsto liśćmi, teraz straszyły tylko gołe łodygi, które dawały nam całkiem niezłą widoczność. Po krótkim czasie doszliśmy do końca drogi i jej połączenia z szosą.
Tu już nie było zbyt fajnie. Po drugiej stronie jezdni był las, gęsty, sosnowy z jodłami. Nawet teraz, mimo białego śniegu i światła dnia był ciemny i ponury. Szosa rozchodziła się na prawo i lewo, więc na wschód i zachód. Droga na zachód nas nie interesowała, przynajmniej na razie. Skręciliśmy więc w lewo. Szliśmy jednak jak najdalej od linii drzew. I dobrze. Las był zbyt mroczny i ponury i napawał mnie strachem. Jeśli cokolwiek się w nim kryło, mogło pozostać nam niezauważone do momentu, gdy rzuciło by się do ataku.
A jednak mieliśmy szczęście i nic się nie stało. Szliśmy powoli, zasypując nasze ślady, rozglądając się w koło. W końcu po naszej lewej stronie znowu pojawiły się domy. Były jednak pozamykane na amen, na posesjach nie widzieliśmy żadnych śladów, więc poświęciliśmy na ich oględziny niewiele czasu. W pewnym momencie zauważyłam nawet, że inni szybciej stawiają kroki a każdy postój jest krótszy, szukanie śladów bardziej pobieżne. Był to chyba moment, gdy wszyscy zaczęli się już stresować. Pamiętam, że nie pomogło to mojemu zdenerwowaniu. Było coś uspokajającego w myśli, że nie jestem sama, że są ze mną inni, że działamy razem, że mogę na nich polegać, że sobie poradzimy. Ale gdy zobaczyłam, że boją się tak samo, jak ja…
Jak teraz o tym myślę to wydaje mi się, że w grupie Anety mogło być podobnie, albo nawet gorzej. I chyba to sprawiło, że mimo zmysłów wysilonych do granic możliwości, mimo nasłuchiwania, rozglądania się, bycia czujnymi daliśmy się złapać. Strach i stres zwyciężyły nad zdrowym rozsądkiem.
Szliśmy równolegle do grupy Anety i w końcu dotarliśmy do skrętu w lewo, który miał nas do nich doprowadzić. Tak się umówiliśmy, taki był plan. Gdy więc skręciliśmy we właściwą drogę i gdy w oddali zobaczyliśmy znajome sylwetki stres spowodowany strachem zmieszał się z ulgą. Wtedy zaatakowali.
Było ich chyba pięciu, nie wiem, może więcej. Wyskoczyli na nas, byli w jednym domu, ale też chyba w drugim.

Nie, nie mogę teraz pisać. Za dobrze to pamiętam, zbyt udzieliły mi się tamte wydarzenia. Potrzebuje odpoczynku, wrócę do pisania jutro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szkielet Smoka Zaczarowane Szablony